piątek, 16 maja 2025

 SPRAWIEDLIWOŚĆ

A kiedy jedyna sprawiedliwość się stanie

i jutro przestanie być łaskawe

nie chcąc  poczekać już na mnie

pogna do przodu dalej

jak to ma w zwyczaju

za siebie się nie oglądając 

i wyjątku dla mnie nie zrobi żadnego

i zostawi mnie ,czas mój zatrzymując

bo wszystkie dni mi dane minęły

a to  oznaczać będzie,

że jutro już nie dla mnie 

zostałem jeszcze tylko na dziś  króciutkie

i to nie całe .


I już dziś mnie nie ma

i Anioł Stróż mnie opuścił

przestając być moim cieniem

i na inny – żywy kwiatek się przeniósł  

wówczas end – król nieunikniony mnie dopadnie

jak to ma w zwyczaju

który dotąd był tylko cieniem niewidzialnym

albo mirażem 

czekającym na okazję.

A gdy przyszła nieunikniona,

 stał się śmiertelnie materialny

konsekwentny i nieubłagalny.

i wyrwie ducha mego

 z ciała nieruchomego i zimnego  

poprowadzi  w nieznane

po drodze rzucając na pocieszenie niedbale

bądź kontent –

dokonałeś czegoś wielkiego

na  nieboskłonie jesteś tajemnym

który ścigałeś

 za życia krótkiego,

jednak  dla śmiertelnika niedostępnego.

Wtedy przed bramą niebieską stanę 

I odpowiedzieć będę musiał szczerze 

na zadane z Nieba pytanie.

Czy wypełniłem za życia 

najważniejsze przykazanie?


Tak - odpowiem wtedy nieśmiało

kochałem

i nie było to dla mnie żadne wyzwanie

żadne nakazanie

żadne cierpienie

ni wyrzeczenia bolesne

tylko dar święty

w moim DNA zakodowany

 jako łaska największa od Ciebie Panie

którą mi dałeś ,

jako sens życia krótkiego

i przewodnikiem była życia mojego

czyniąc je ciekawym i tajemnym i świętym 

i tak było i tak  się stało i tak się odbyło.


Tak - odpowiem nieśmiało 

Kochałem. 


Jej włosy pachnące i jasne

jej usta jak maki kwitnące czerwone

zmieniające się w  uśmiech radosny  

jej  oczy jak niebo błękitne

i ciało ponętne i jędrne

namiętność rodzące. 


Tak - kochałem - odpowiem 

tak Panie- z miłością  żyłem w sercu

wypełniając twe przykazanie

choć nieraz było ciężko

ale przyznać muszę szczerze  

że drugiego policzka 

nigdy nie nastawiałem.


A gdy spyta mnie głos tajemny 

jakie cuda z życia zapamiętałem?

Tedy odpowiem znów nieśmiało z pokorą.


Wiatr nieokiełznany 

co nad włosami jej się pastwił

 i lica gładkie  smagał

dodając im artyzmu cudnego

na które patrzeć mogłem bez końca.

I gwiazd świecących odbicie

 które widziałem nocą przeczystą,

  w jej oczach błękicie,

a gdy gasnąć zaczynały o świcie

cud wschodzącego słońca

je zastąpił

i jego widziałem w nich odbicie.


A gdy amok miłosny

przez noc wzbudzony 

targający moje ciało i zmysły

słońce jasne przegnało o świcie

zaglądając do okna

moje ramiona mocne puściły jej nagie ciało

i czas pędzący jak pociąg szalony

do pracy ciężkiej wezwał stanowczo

o świcie -rano.

dzieci swe śpiące niewinnie ucałowałem 

i w znój ciężki z radością  pognałem.

A kłody po nogi

przez zło , i trud życia rzucane  

miłością taranowałem ,i na boki rozrzucałem

a deszcz pokus i zła 

co z góry  na mą głowę się wylewał

miłości mej nawet nie zmoczył

i jak po białych piórach łabędzia spływał 

by miłość trwać mogła

aż do teraz, 

aż do tego miejsca i czasu Panie. 



A tedy głos zapyta donośnie

czy kogoś za życia swego

miłością  niewinną   kochałem?

Tedy odpowiem szczerze.


Tak Panie

kochałem 


Boga Jedynego i Swoją Mamę.

Miłością czystą i nie skalaną 

której kłody nie śmiały przeszkadzać

bo wiedziały że nie dadzą jej rady

 ni podstępem  zmącić

czy deszczem ulewnym przemoczyć

rozmiękczyć ,rozrzedzić, osłabić.

Dla miłości czystej 

to nie żadna przeszkoda  

odparłem to wszystko

ominąłem 

przeskoczyłem 

i zniszczyłem wszystkie zawady

w sercu swoim i na jawie.

Taką siłę miłości mi Dałeś Panie

do Siebie - Boga Jedynego

i Mojej Mamy 

I nie było zdrady. 


Tak Panie - kochałem


Jej oczy błękitne , 

a w nich gwiazd nieba 

i słońca jasnego odbicie 

I włosy wichrem rozwiane 

I ciało  słońcem malowane

I usta jak maki kwitnące

w swoim uśmiechu radosnym 

w maju na łące.


A gdy otworzy się brama wielka

I na niebieskie łąki i zielone pastwiska

 wpuszczony  zostanę,

tedy odpowiem z pokorą i nisko pochyloną głową

na ugiętym kolanie.

Pozwól mi poczekać u progu tej bramy 

aż wypełnią się dni mojej miłości Panie

i tu -obok mnie 

w twojej łasce  stanie.


Aż znów ujrzę te oczy błękitne

a w nich gwiazd twoich świętych odbicie,

i ciało słońcem malowane

i uśmiechnięte usta maków kwitnących 

i włosy przez wiatr rozwiane.


Ona też bowiem wyznawała 

twoje najważniejsze  Przykazanie  Panie

i z tej łaski miłości jej danej

namiętnie korzystała

i  miłością swą mi służyła,

a miłość jej wielka była. 

Do mnie przeznaczona

 ta grzeszna i namiętna.

Do Ciebie -  czysta i niewinna Panie 

 i taka do  dzieci naszych

 i swojej Mamy.

Dlatego się wstawiam za nią 

u progu tej świętej bramy.


I pragnę razem z miłością moją

 przekroczyć jej próg.

 Próg Twojej Świętej Bramy Panie.


HENRYK JAN ŁYSZCZEK


czwartek, 15 maja 2025

 NIEZNAJOMA  BEZ  IMIENIA


 

 

Witaj piękna nieznajoma ,

dziś  dzień dobry 

mówię ci  nieśmiało 

choć usta z nieśmiałości milczące

lecz oczy pożerają cię w całości

pobudzając moje  rządze.

 

 Choć co dziennie mijam cię piękna nieznajoma

na tej ulicy podłej ,

 czy słońce , czy słota , czy śnieg ,

więc już przyszedł czas 

by  przedstawić się

ale dzisiaj jeszcze nie .


Znów przelotnie stanąłem przed tobą En-face ,

 znów minąłem  na ulicy ,

twoją piękną twarz,

 i o ciebie się otarłem nawet,

 a ty  znowu nie zauważyłaś mnie ,

mimo że  cię swym ukłonem przywitałem . 


Co dzień widzę twoje oczy ,  

a w nich błękit nieba lazurowy ,

 co dzień widzę  twoją   twarz, 

i na dzisiaj to wystarczy ,

lecz na jutro  więcej chcę 

jutro będę odważniejszy.

Jutro znów przywitam cię ukłonem,

Jutro już nie będę mały ,

I nie będę też nieśmiały 

i zapytam cię o imię twe .


A gdy mi się nie przedstawisz   

ja na nowo ochrzczę cię ,

 i niebiańskie imię znajdę ci

i święte.


Już się Piękna doczekałem , aż  dorosłaś ,

Już  minęła twa ostatnia i niewinna wiosna , 

 wonna, piękna   i beztroska . 

w wiek dorosły już wkroczyłaś  

 i nie musisz mamy słuchać ,

jej pozwoleń , i jej przestróg .

 Bo są wszystkie nieprawdziwe ,

 bo są wszystkie niewłaściwe .


Już  nie trzeba wtykać  róż ,

 do  twych włosów rudych ,

i przez wiatr rozwianych ,

aby ci dodać urody

ciało twoje zastępuje 

wszystkie te ozdoby .


Mama widzę źle ci radzi ,

że przestrzega i poucza .

No i ciągle czekać każe .

A ja , na co czekać pytam? ,

Jesteś młoda , no i piękna ,

i urocza i powabna ,  

no i ciało twoje  jędrne , 

póki młode póki piękne 

wykorzystuj śmiało je. 



Będę się do ciebie zalecał , 

i miłości ognie wzniecał ,

 złote góry obiecywał , 

i u ciebie ciągle bywał .

 Na szczyt Rysów , 

cię na rękach wniosę ,

 i swe dobra  z lotu ptaka ci pokażę ,

no a potem się obnażę.

Nie myśl sobie ,że się chwalę

 pól  hektarów wielkie łany,

ci posiadam 

pszenicą złotą obsiane ,  

 sady jabłkowe, i drzewa wiśniowe ,

 oblepione kwiatami   ,i w słońcu skąpane ,

i kwiaty i zioła kwitnące

 na zielonej mojej łące

którą ci w posagu wniosę.


I na niej cię piękna nagą  postawię ,

 i w pięknie tej złączonej natury będę się pławił ,

wtedy dopiero będzie kompletna .

 Romantyzmem będę się upajał ,

i liryzmem się nastrajał ,

 i będziesz  mojej łąki  największą ozdobą , 

pośród maków bławatów i rumianu , 

 i  bujnych  kwiatów złocistych .

Moja łąka w takim  stanie ,

z tobą Piękna na jej dywanie  ,

 będzie rajem oczywistym . 


Witaj miły nie znajomy,  

wybacz , że na ciebie nie patrzyłam .

i imienia swego ci nie wyjawiłam .

Byłeś chyba   bardzo  pospolity,

 że cię nie zauważyłam .

I jak już dorosłam ,

 i jak jeszcze kwiatuszkiem mamy byłam . 

Teraz już  za późno jest miły, 

a jak mała - głupia byłam,

że się zbyt nie rozglądałam , 

Mamy swojej  posłuchałam  ,

 i  cię romantyku , nie zauważyłam , 

 nie zapamiętałam , i nie pokochałam .

 Zapatrzona byłam na  innego ,

bo mi mama go wskazała ,

 więc jej miły posłuchałam ,

i jego , jego , tylko jego ,

 od małego ci  szukałam .


 Od małego o nim śniłam ,

od małego go widziałam , 

więc się już nie rozglądałam ,

 i w nim ślepo wzrok utkwiłam , 

się na niego zapatrzyłam ,

i dlatego miły mój ,

 z widzenia znajomy romantyku ,

  imienia swego ci nie wyjawiłam 

choć na nowo mnie ochrzciłeś

swym imieniem świętym 

nazbyt chyba mało romantycznym 

i mało namiętnym.

 

On  jest młody , piękny , i bogaty ,

 i nie będę jak  Rusałka z bajki  ,

albo   jak hostessa , 

pójdę z nim na koniec świata ,

 on ma miły  Mercedesa ,

malowany wóz .

Bo są inni romantycy w świecie

dla ciebie niestety

i inne  lansują dla nas podniety.

Wino wspaniałe taniec i śmiech

i całkiem odmienny i bardziej powabny

od twojego  grzech.

 Nie zamienię go na stanie ,

 na twej cudnej łące ,

 pośród twoich bujnych  kwiatów , 

i choć pięknych  i złocistych ,

 ale  jednak  ,dla mnie  chwastów . 


I pojadę w obce kraje ,

 tam są inne obyczaje ,

 inne sady , inne łąki ,

 bardzo dobre dla rozłąki . 

Ale, ale , czekaj na mnie ,

wiernie czekaj romantyku ,

 tylko czekaj , nie narzekaj , 

czekaj na mnie, czekaj miły ,

  tak jak dotąd to robiłeś . 

Bądź cierpliwy, i wytrwały,

przyjdą czasy ci wspaniałe .

Czekaj na mnie , czekaj , czekaj ,

 jeszcze bardziej ci dorosnę ,

 i zmądrzeję jeszcze bardziej ,

 jak po studiach na Harwardzie , 

a ponadto wypięknieję , 

jak się miły wyszaleję .


Bom na razie jest szalona ,

 młoda głupia roztargniona,

 i przez Mercedesa uwiedziona ,

 malowany wóz .

 Do twej łąki nie pasuję ,nie myśl miły ,

nie myśl wcale ,  że coś  knuję  ,

moja postać w akcie ,

 na twej pięknej łące , 

chyba raczej nie wypada ,

 bo gdzie będą pasły się zające . 

A tymczasem , powiem miły nieznajomy ,

 powiem tobie i twym dobrom ,

 tak wspaniałym , naturalnym 

i tym obnażonym .

 Trzymaj łąkę , kochaj  sady ,wiernie kochaj , 

 tylko chłopie miły , bez przesady ,

 sam się w trawie nie obnażaj ,

 aby godnie ją przystroić ,

ale skoro tak być musi 

 ja tam kiedyś się pojawię , 

Ja do ciebie kiedyś wrócę ,

 pieśni świata ci zanucę .

Tańce świata ci zatańczę ,

i te skoczne i te szybkie ,

 i te wolne i liryczne . 

 Na twej łące , w twojej trawie ,

 i przyrzekam ci solennie  ,

zrobię wszystko , bez obawy , 

pod księżycem i gwiazdami ,

 w twojej śmiałej  opowieści   , 

co się skończy pięknie i szczęśliwie ,

 jak to zwykle bywa w bajce   . 


I zostanę twą hostessą , 

i ozdobię twoje łąki ,

 i ozdobię twoje sady ,

uszlachetnię swą urodą , 

 twoje piękne bujne  chwasty . 

I przyjadę ja bogata , 

w doświadczenia i cierpienia ,

 i zawody i uczucia , 

i pragnienia i westchnienia

i wspomnienia stare

grzechem śmiałym naznaczone .


A od ciebie oczekuję ,

 i miłości i współczucia .

Dam ci za to Mercedesa ,

 malowany wóz .

I ja także będę już ,

z musu i potrzeby

 malowaną lalą ,

 na mych skroniach już nie młodych ,

 i we włosach już nie rudych ,

puder tylko , farba ryża

no i barwny  róż ,

 na policzkach też  ,

 weź mnie taką malowaną ,

 jeśli miły chcesz ,

 jeśli tylko chcesz . 

 I naszego Mercedesa także miły weź ,

 malowany wóz .

Co twą lalę jeszcze wtedy nie pomalowaną ,

 do pierwszego  ślubu wiózł .

Dam ci miły , dam ci jego ,

 choć starego lecz jarego , 

 choć starego lecz dobrego, 

z racji  wieku ,

 co mądrością tryska ,

 co mądrością błyska . 

Co odwiedził wszystkie kraje ,

 przywiózł  inne obyczaje . 

Będziesz ciągle go naprawiał ,

 moją młodość i wspomnienia ,

me rozterki i pragnienia , 

razem z nim odnawiał ,

 razem z nimi odnawiał ,

malowany wóz . 


A gdy będziesz wiernie czekał, 

 Bóg ci wszystko wynagrodzi, 

 z samotności oswobodzi,

 będziesz jeździł mercedesem , 

starym ale ciągle jarym ,

 i choć  stary sam już będziesz ,

hostess mnogość miał też  będziesz ,

bo na Mercedesa one lecą 

młodość twą na chwilę wzniecą 

weźmiesz je mój miły 

 i postawisz śmiało ,

 na twej pięknej  łące ,

tam gdzie pasą się zające ,

 i malował będziesz akty ,

pisał wiersze , z rozrzewnieniem ,

 bo Mercedes stary , ze mną w parze ,

 z obcych krajów  i dalekich , 

 przywiózł ci natchnienie . 

Co pochodzi z innych  stron 

i  krajów ,innych kultur - obyczajów .  


 Przez starego mercedesa , 

com w posagu wniosła ,

 Wszystko ci  się stanie , 

wszystko się odmieni ,

wszystko prawdą będzie ,

a nie wymyślonym cieniem .


Mówi prawdę całą , 

wymarzona ci  hostessa ,

co już wszystko przerobiła 

co już wszystko przećwiczyła,

ta co zmysły twe pobudza ,

i niechcący je zmieszała

 twoja prima balerina mała,

i twoje natchnienie ,

które do tej pory było tylko cieniem.

Co wyrosła , z swej  młodości  ,

swej rudości i piękności ,

 i jest duża już  . 

Twa niewierna nieznajoma ,

 co z wojaży już wróciła , 

jak ci miły obiecałam,

 słowa swego dotrzymałam . 

Bom już stara ,

 no i wdowa aż trzy razy , 

 w twe ramiona pójść gotowa ,

no i ciałem swoim będę , 

 twojej łące wiernie służyć ,

akty wyjdą z tego piękne ,

 błędów swoich nie powtórzę.

W obcych krajach

  Amazonką byłam ci wspaniałą

chętnie braną i adorowaną.

Tutaj tak mi nie wypada

więc pseudonim przyjmę swojski

i zostanę tylko twoją Wierzchosławą.

 .

Chyba , że się znowu on  pojawi ,

z Mercedesem ,   w bramie stanie ,

wozem malowanym.  

Znowu piękny i bogaty , 

nowy model mi przedstawi ,

 i w ten sposób serce złamie .

I znów stanę się szalona ,

 i znów wielce roztargniona ,  

coś dawnego we mnie się obudzi ,

moja młodość do mnie wróci ,

lecz na pożegnanie –

 dam ci miły buzi .


I pojadę z nim na kraniec  świata ,

 w obce łąki obce kraje ,

gdzie są inne obyczaje,

 a ty miły czekaj na mnie ,

 wiernie czekaj , ja przyjadę ,

 bądź cierpliwy, wiernie czekaj ,

Bóg ci wszystko wynagrodzi ,

 i z tęsknoty oswobodzi ,

 a ty tylko wiernie czekaj ,wiernie czekaj , 

a do czasu tego ,

 aż przybędę znowu .

A tymczasem na twej pięknej łące ,

 przywróć miły  ją naturze ,

 niechaj znowu pasą się zające. 


A ty tylko wiernie czekaj , wiernie czekaj ,

Bądź cierpliwy , nie narzekaj ,

Do przyjazdu mego powrotnego ,

 niech ci wiernie towarzyszy ,

 twój Mercedes stary ,

 malowany wóz .

malowany wóz

HENRYK JAN ŁYSZCZEK


 


DZIEŃ ZWYCIĘSTWA SIĘ ZBLIŻA ,

I NIE WIEM - CZY TO DZIEŃ RADOŚCI , CZY ZADUMY .

BA ZANIM DO NIEGO DOSZŁO ,

 ZANIM BIAŁOCZERWONA ZAŁOPOTAŁA , NAD GRUZAMI BERLINA –

WIELE CIERPIEŃ , I ŚMIERCI NASZYCH RODAKÓW MUSIAŁO SIĘ DOPEŁNIĆ .

PRZEZ CAŁYCH PIĘĆ DŁUGICH LAT ,NAS MORDOWANO.

I KILKA NARODÓW , TRUDNIŁO SIĘ MORDEM POLAKÓW ,

CZY LACHÓW PRZEBRZYDŁYCH IM OD WIEKÓW .

JEDNĄ Z TAKICH SCEN UMIEŚCIŁEM W UTWORZE PONIŻEJ .

TAK TO LECIAŁO W TAMTYCH LATACH ,

W TAMTYCH CZASACH 





KRYSKA


Przyszła Kryska po Matyska ,

 a Matysko zdrowiem tryska .

Jest młody ,silny ,wielki  i piękny,

 i wcale nie biedny .

Pyta więc Kryski Matysko  

co cię tu przywiało  Kryska?

 Licho jakoweś  drogę wskazało

czy ci w oko wpadłem  niechcący.?

Przecież to nie czas jeszcze ,

popatrz na mnie Kryska dobrze, 

to jeszcze za wcześnie.


Co cię tak pali 

że  już teraz  na widelec mnie bierzesz

czemu nie możesz poczekać jeszcze.

Aż powagi wiekowej nabiorę 

aż mi włos posiwieje

ciało się łuską pokryje i zmarszczką

a na grzbiecie garb od roboty ciężkiej wyrośnie

przestanę być pożyteczny

i darmozjadem się stanę.

Wtedy czas na mnie odpowiedni będzie.

Wtedy oddam ci się bez żalu wielkiego

choć wyznam bez ogródek , szczerze i smętnie

że bez entuzjazmu wielkiego 

że beznamiętnie. 


I odpowiada mu Kryska grzecznie .

Żebyś wiedział że licho

w tym przedsięwzięciu 

palce swe zakrwawione maczało.

A  wielkie to licho 

 żarłoczne podłe i mocne.

Najczarniejsze z czarnych 

najpodlejsze z podłych 

najbardziej krwiożercze z krwiożerczych

najokrutniejsze z okrutnych.


 Z doktorami podłymi przyjechałam ,

których licho przywiodło

bo licho to ich  ukryte godło

a sumienia ich  ludzkie niegdyś

zamordowane  zostały przez zło piekielne

za  obopólną  zgodą.


Widzisz przecież , że nie jestem sama , 

 sama po ciebie nie przyszłam ,

chociaż jestem Kryska. 

A do mojej profesji odwiecznej i nie ubłaganej

pomagierów mi nie trzeba

sama daję radę.

To dzisiaj , to taki wyjątek 

przymusem niecnym i podłym naznaczony.

Gdzie śmierć swoje żniwo zbiera 

nawet nie za moją wyłącznie przyczyną 

to i tak jestem niezbędna

by się należycie i z tradycją Boską odbyło

muszę się duszą zagubioną zaopiekować.


To ja towarzyszę  temu złu wcielonemu, 

a nie ono mi .

To nie ja tu jestem najważniejsza ,

to nie ja karty rozdaję   Matysku  młody .

Ja w tym towarzystwie podłym,

 narzuconym sobie , 

tylko jak widzisz sprzątam.

 Jestem tu najmniejsza ,

 przeto wybacz mi chłopcze , 

bo ja nie chciałam , nie chciałam – 

ale muszę - mówi Kryska – no bo jestem Kryska ,

i inaczej nie mogę - choćbym chciała .


I Matysko dalej ciągnie dialog z Kryską .

O czym prawisz Kryska?

Widzisz przecież dobrze

że jak rydz smakowity

w kniei zielonej zerwany

 zdrowy jestem na ciele i umyśle

i robakiem nie tknięty jeszcze. 

 Na co mi doktory cholerne i pazerne? 

nie dam im  wyłudzić swych koni , 

bo mnie nie leczyli ,

i leczyć nie trzeba .

Po cóż przyjechali,

wszak  nic nie wskórają ,

 i niech lepiej  spadają,

bo batem pogonię.

A ty razem z nimi Kryska 

bo i majestatowi twemu 

 nawet nie ustąpię 

nie dam swoich koni za nic , 

 i za siebie nie zamienię także ,

 ani w zastaw podły nie dam,

za swą skórę tanią,

choćbyś mi groziła Kryską 

TY NIEPRZEJEDNANA  I MAJESTATYCZNA  KRYSKO .

 Jam Matysko  twardy i hardy

Polak  dumny od pokoleń całych. 

Przeciwstawiam  się wszystkiemu złemu

co otacza nas ,i mój polski bidny raj.

Tak  już od pokoleń mam ,

tak mam  ułożone w łebie swoim polskim 

po swych  wszystkich przodkach.


I powiada  Kryska  w odpowiedzi Matyskowi.

Och Matysku drogi 

Polaku  od pokoleń wspaniały 

dumą wielką i biedną 

od pokoleń  naznaczony,

i wysoko uniesioną głową.

 To nie  doktory  od lekowania ,

no bo widzisz przecież  , 

że białych fartuchów nie mają  na grzbiecie,

tylko czarne mundury w zastępstwie

a na szyi stetoskopu .

 Automaty czarne przez pierś przywieszone,

i SS podłe na pagonach,

  o  ich profesji  doktorskiej świadczą .

A na czapkach trupie czaszki ,

 innych Matysków na których bęc wypadło

i nie koniecznie polskich .


To nie doktory  chłopcze   od lekowania ,

tylko konowały doskonałe,

 od pacyfikacji  i od mordowania .

I nie przyszli po twe konie – polski biedaku,

tylko po ciebie ,, WIELKI  POLAKU ’’ 

a dokładniej i dosadniej

  po  życie twoje się zgłosili licznie

zaburzając przy tym podle ,

nie lirycznie

mój kalendarz kresu  twojego

jakże bardzo  od dziś odległego .

A twe konie kochane?

one drugorzędne dla nich ,

chociaż nimi także nie pogardzą ,

i wezmą jako zapłatę należną 

 za usługę swą czarcią .

A uwierz mi chłopcze drogi

świetni są w swoim  fachu  doktorskim

wszak uczniami są  przecież

 mistrzów  swoich licznych 

Mengelów , Spannerów ,Gebelsów

i Hitlerów czystych.

I patrzysz w me oczy niewinne wobec ciebie

w oczy Kryski patrzysz teraz , 

a ja Kryska  w  twoje  niewinne

i jak lazur błękitne

 choć spokojne widzę , 

i bojaźni w nich nie ma

przed burzą niegodną 

która za chwilę się stanie.

Nie będzie w niej deszczu  życiodajnego 

tylko tego co z oczu słony

po policzkach  wszystkich  żałobników

 wokół zgromadzonych spływa 

 po mordzie niewinnego. 


Więc ci wyznam krótko i po prawdzie  Matysku

bo tak mi tylko wypada 

i z żalem wielkim to zrobię

choć bez ogródek 

szczerze i smętnie

i bez entuzjazmu wielkiego

i beznamiętnie

choć to nie czas na ciebie odpowiedni

 ale przyszli cię oni  - wysłać do Nieba

taka u nich jest zasada.

A to że do nieba 

nie chwaląc się  przed tobą nadmiernie

to już moja sprawka będzie

i dla ciebie ostatnia posługa

choć powiem ci bez ogródek i szczerze Matysku

że zrobię to beznamiętnie.

A twój łeb  młodzieńczy  z bujną czupryną

nazbyt  wysoko  wzniesiony 

i  nos  nad wyraz  zadarty w dyspucie ze mną

wybaczam i   niepamięci dedykuję mojej.

Bo w obliczu wroga stoisz śmiertelnego 

i opór  sprawiedliwy 

najeźdźcy podstępnemu i podłemu 

swoją dumą  stawiasz.

Tylko w takim  przypadku niezwykłym

przed którym postawiony zostałeś

wyrafinowanie i  z przymusu niecnego

pogarda moim majestatem

w cnotę wielką  się przeradza

jest usprawiedliwiona i wybaczalna.

Taka jest święta zasada  .


Kultura ich wielka  przysłała 

Nie ta rzymska , ni ta grecka ,

tylko ta czarna i czarcia 

germańska, niemiecka 

urojoną czystością rasową podszyta

i w jej to imieniu 

dzisiejszy rytuał  diabelski się odbywa. 

 Ja tu jestem tylko dla formalności , 

by cię tam zaprowadzić 

gdzie to wszystko wielkie ziemskie

 małym się staje

– do nieba –

 bo na niebo zasłużyłeś Polaku

i pro bono to czynię- z urzędu 

choć z niechęcią 

więc  twych koni mi nie trzeba .


Ja chłopcze wspaniały ,

może po twojemu ,

 po chłopsku jeszcze raz ci wytłumaczę , 

dla usprawiedliwienia siebie -

 choć nie muszę wcale 

bo widzę ,że kumasz co nieco

ale twój zawód moją wizytą 

świadczy ,że za mało. 

 

Nie jestem kosiarzem , 

choć biorę czynny udział ,

 w tych obfitych żniwach ,

krwawych i okrutnych .

Ja zbieram tylko kłosy ,

 przez kosiarzy i siepaczy niegodnych  skoszone ,

i ich dusze niewinne ,

z martwych już kłosów wyciągam ,

i bez  formalności  zbędnych,

przez przełaje i skróty  najkrótsze

 prowadzę  do Nieba.


A powiem  ci chłopcze jeszcze ,

 że istnieję od zarania ,

 od kiedy kręci się  ziemia ,

 i życie na niej istnieje,

 jeszcze takich żniw obfitych nie miałam ,

a muszę brać w nich udział czynny

bo taki urząd piastuję. 

 Choć czynię swoją powinność

sumiennie lecz nie chętnie,

i ciągle beznamiętnie

ale muszę chłopcze – muszę  -

 no bo  jestem Kryska .  


A czym się tak zasłużyłem tej  kulturze wielkiej ,

Matysko powiada

 i  wysłańcom jej wspaniałymi , z tytułami przecież

wielkimi i naukowymi

i jaka filozofia im przyświeca

że tak mnie skromnego 

pomimo łba uniesionego

 chcą wielce wyróżnić 

i tak mi Niebem za młodu dogodzić?

 powiedz Kryska  bez ogródek zawiłych. 

Prosto z mostu.


Ach wolałabym, żebyś nie wiedział ,

bo mi ciebie szkoda,

 ale pytasz grzecznie – 

więc tak samo grzecznie ci odpowiem .




Bo Polakiem jesteś od wieków

zrośniętym  ze swą ziemią

i od wieków zawadą wielką i mocną

co przestrzeń życiową sąsiadom podłym zagradza

na którą zawsze chrapkę mają.

Dumnym ze swej polskości i hardym przeto

 i na dodatek młodym, i na dodatek patriotą , 

i na dodatek , nienawiść  i pogardę w sercu nosisz ,

 do ich  kultury wielkiej.

 Tej czarciej i czarnej i lichej-  niemieckiej  – 

i do ich munduru, i do ich ego czystego 

i innych urojeń czarcich,

i od wieków to czynisz Polaku

bo tak masz w głowie swojej ułożone

 od wielu pokoleń

mówi Kryska  do Matyska.

 

A ona nie przebacza  - ta kultura nie przebacza ,

 nie ma tego w zwyczaju , nie zna takiego uczucia ,

no bo nie ma żadnej moralności , ani litości nie zna ,

bo jak ci wyznałam przed chwilą

zamordowane zostały te ludzkie wartości ,

za obopólną zgodą ,

i jeszcze raz powtarzam  dla utrwalenia.

Bo to ważne dla wszystkich pokoleń waszych. 

 Więc dlatego po ciebie przyszła ,

 a raczej przysłała wysłanników swoich 

co czarną robotę sprawują .

I ofiarą jej zostaniesz dzisiaj  dlatego 

 a nawet zdobyczą wielką ,

 zresztą kolejną ,i nie ostatnią.


A skąd wiedzą , co jest w moim sercu Kryska? 

 choć masz rację  ci powiem.

Czuję wszystko to w sobie 

a nie tylko samej głowie

 co mi wygarnęłaś szczerze

 a co mi przekazali moje przodki,

 moi ojce .


A wiedzą , wiedzą  Matysku

 bo doktorami są przecież ,

niedoścignieni w swojej zbójeckiej profesji.

A zresztą to widać , nawet bez badania .

Jedno spojrzenie na ciebie i  wszystko jest jasne

 prawi Kryska do Matyska .

 Po minie niechętnej

która twarz twoją pokrywa

a głębia twoich oczu niebieskich

wymalowany grymas niechęci na twej twarzy  potwierdza

że nienawiść w sercu nosisz ,

i pogardę dla nich ,  i do nich  widać .

i kultury ich czarnej ,i czystości ich rasowej

i do wszystkiego podłego co od nich pochodzi

i żeś ,,Polski Patriota’’ też widać wyraźnie,

 a i uroda całkiem odmienna ,

 bo słowiańska – bo Polska - bo piękna . 


 I konowałem nie trza być  chłopcze

 by  zauważyć  to wszystko.

Z tych wszystkich powodów  wymienionych

które obnażają  twoje święte człowieczeństwo

zagrożeniem  wielkim jesteś Matysku

 dla tego wszystkiego zła czarciego

które chce wszystko święte zdominować.

Dlatego przed czasem  iść  musisz do Nieba

bo świętości nie można zamordować. . 

I choć nie z mojej przyczyny to się odbędzie ,

 jak to zwykle bywa ,

i choć mi żal ciebie niezmiernie,

 boś młody i piękny ,

grzeszny przeto wielce,

i zbyt w swojej krnąbrności namiętny

 więc jeszcze się nie bardzo nadajesz 

a i pokut żadnych też jeszcze

 odprawić nie zdążyłeś.

Ale swą powinność spełnić muszę ,

 i cię tam zaprowadzić ,

choć poza swymi godzinami ,

z przymusu  pracuję .

 I choć w twoim przypadku 

 to tylko formalność , 

a dla mnie honor i przyjemność ,

choć nie namiętność,

 że to ja  cię tam zaprowadzę , 

i drogę pokażę ,

zresztą już przetartą obficie

 przez innych tobie podobnych

I ŻOŁNIERZY Z WESTERPLATTE.


Choć no  tu Matysko! – a szybko a bystro! .

Nie ociągaj się zbytnio  - ty polski leniwcu ,

bo czas goni okrutnie

bo ty sam jeden 

 to jeszcze nie wszystko - na dzisiaj .

Podejdź no do płota – los los! Sznela! –

  krzyknęli doktory .

I było słychać z za płota ,

głos doniosły Matyska –

Niech żyje Polska 

BÓG 

HONOR 

OJCZYZNA

i chwila ciszy potem, 

którą tra ta ta ta ta , z kmu. przerwało .

Aż trzy serie długie - bo kawał był chłopa , 

z tego Matyska .

I pierś jego potężna , i barki szerokie ,

 i honor jego, i duma też  wielka ,

 i jedna nie wystarczała seria 

bo wszystko należało rozstrzelać

by nic nie zostało

by nic się nie zasiało .


I poszedł Matysko do Nieba ,

 jak mu Kryska obiecała .

Ale na tym nie koniec tej historii ponurej , 

bo doktory zdziczałe ,

za innym Matyskiem się rozglądały .

I to wcale nie za potencjalnym ,

 który by warunki spełniał ,

jak ten , co poszedł przed chwilą do Nieba .


Bo mało – za mało ,

 stanowczo za mało jeszcze ,

 sobie nim doktory  w żyłę dały .

 Choć wielki chłop z niego był, i ważny ,

i powinno wystarczyć .

Ale ich apetyt i głód zarazem ogromny  , 

 którego jeszcze nie zaspokoili ,

jeszcze większy był – niż Matysko cały  

Polak wielki i wspaniały - 

ze swoimi wszystkimi wielkimi  dodatkami .

Bo oni w tym temacie nigdy nie nażarci ,

i jeszcze nie odlecieli , dlatego nie przestali .


I przeto  za innym Matyskiem się rozglądali ,

byle jakim, nie grymasili, i nie wybrzydzali .

I drugiego Matyska - krewniaka pierwszego  złapali ,

i pod płotem się z nim nie rozprawili, 

bo na pierwszego , trzy magazynki zużyli , 

a więcej przy sobie nie mieli .

 Więc tego drugiego Matyska,

 na własnej jego jabłonce ,

co piękne miała owoce  – powiesili .

I ugięłą się wielce gałąź 

pod ciałem swego gospodarza.

A na drugiej gałęzi , 

wolnej od śmierci

Maestro  Słowik przysiadł 

spojrzał wkoło żałośnie 

i pieśń żałobną śpiewał

i niebo zapłakało  deszczem rzęsistym

co łzy słone żałobnikom zgromadzonym wokół

z policzków spłukiwał.

Tak skończyła się Matysków zagłada .


Ale jest optymizm w tej historii tragicznej –

NIE WSZYSTKICH MATYSKÓW ZABILI 

Bo Matyskowie to naród polski i znamienity

Obumarli tylko jak ziarno pszenicy zasiane na ziemi żyznej

A potem się odrodzili

I plon dali obfity.

i są , i żyją ,i się śmieją 

ale pamiętają , pamiętają  wszystko

i potomnych przestrzegają przed złem

które się odrodzić może. 


I tak to leciało  w tamtych latach -

w tamtych czasach.

I powiadam wam , że to wcale nie kabaret . 

To prawda  cała.

o to powyżej

to  tylko mała jej część  wybiórczo opisana

 reszta prawdy - była znacznie okrutniejsza , 

i bardziej tragiczna

i  mniej liryczna .

I nigdy  jeszcze w dziejach świata ,

nie napracowała się tak Kryska .


Wyciągnijmy wnioski z powyższego ,

na dziś i na przyszłość.

Choć Matysko  w innych żył czasach ,

ale wszystko inne - było prawdziwe ,

z Kryską na czele – 

i oby się nie powtórzyło .


HENRYK JAN ŁYSZCZEK


PS.

Z wiersza poety zaczerpnąłem Kryskę ,

i Matyska z końmi jego,

i umieściłem w innych czasach – a cała reszta , 

to nie poezja żadna  

 to tylko bolesna prawda


 ŚCIERNISKO


Nie ma już tych drzew wielkich i wspaniałych 

co nad domem mym małym górowały,

okrywając go cieniem błogim,

i tajemnie  może magicznie nawet szumiały

a listkami łagodnie szeleściły

kojąc  jak balsam łagodny 

frustracje i zwątpienia moje wszelakie

w groteskę i małość je zmieniając.


Nie ma już tych ptaszków małych,

co przed chwilą jeszcze  

 w konarach ich rozłożystych   ćwierkały 

ciągły festiwal głosów mistrzowskich odprawiając

od chwili gdy słońce pierwszy promień swój jasny

na wschodzie pokazało

i ostatni na zachodzie schowało.


I budziły mnie o świcie co dzień

te skrzydlate rozrabiaki

czy pochmurny był  i zimny

czy ciepły i jasny

nawet świętom nie odpuszczały

gdy zaplanowane miałem 

wydłużone i leniwe spanie.


A wytrwałe były i zaciekłe 

w złośliwości  swojej maleńkiej 

przedrzeźniając się z lenistwem moim .

 A ja  te złośliwości dobrotliwe 

melodią tajemną i  wysokim c podszyte

za najlepszą nutę brałem.

Ni złości ni ansy do nich przez to nie czułem

Nawet kunsztu wielkiego im zazdrościłem

który  bez powodzenia 

naśladować próbowałem  nieśmiało

bo jak one wszystkie

 są wielkimi  Diwami i Maestro 

tak  i ja   wielkim  jestem człekiem

ale posturą jeno

a nie  śpiewu mistrzem.

Jak widać ,w czasie przeszłym

swoje radości małe  przedstawiam

bo runęła moja sielanka

i los innym obdarzył mnie dobrem wspaniałym

bo radości miałem zbyt wiele

i niezasłużenie z nich korzystałem

choć bezwiednie i mimo woli. 

Brakuje mi teraz tych złośliwców maleńkich

co mnie rankiem zawżdy na nogi stawiały

bo zniknęły wraz z drzewami

które nagle stały się cenne 

 lub nie potrzebne i zbędne

dla postępu przyszłego

któremu miejsca ustąpić musiały

w imię celu wyższego

i z nimi dokonały swego istnienia. 


Oj jak boli!


Tylko rdza ruda , 

tylko piach jałowy

 masy żelbetu podłego

i beton kamieni kupa podle rzuconych 

 bezład artystyczny udający

na wiano dla przyszłości zostały

 i  jako plon naszej pracy doczesnej ,

ściernisko po żniwach przypominają. 


Tylko gwiazdy te same

nad mym domem mrugają

i świecą światłem  jasnym

gdy jasność ich  zapalono u zarania.

Choć tylko nocą przejrzystą i czystą

ich Boskość widzę cudowną

która me zwątpienia w wielkość Stwórcy  koi

i na właściwe drogi kieruje,  

ale widzę wyraźnie 

że tylko one nie zawiodły

i choć duszy nie mają

 o swym przeznaczeniu  nie zapomniały.  


Nie ma już sadu mojego 

w którym przed chwilą jeszcze

 jabłkiem soczystym się posilałem

ni drzewa w nim wiśniowego

ni gruszy starej , ni czereśni z jagodami

jak miód słodkimi,

choć te , zanim się w słodycz zamieniły

kwitły kwieciem cudnym

jakby  w baśni zerwanym

oko ludzkie ciesząc 

nozdrza zaś  nasze

zapach nieba

 w tej porze kwiecistej i krótkiej wciągały

a i  pszczoły robotnice  szlachetne co robić miały

w ten czas radosny i piękny

pracowicie nektar z kwiatów zbierając.

I wszystkie jednako  przepadły

wraz z tymi,

 o których przed chwilą 

z żalem skomlałem .

 I w niwecz jak tamte 

zmielone zostały

by miejsce zrobić

  w imię - i dla  postępu podłego, 

przyszłości  domniemanej

choć nie pewnej i nie znanej 

ale jako  poetycznej i mistycznej -zdefiniowanej


Och jak boli!  


tylko rdza ruda

tylko piach jałowy

 żelbetu masa wokół 

i beton kamieni  kupa

niechlujnie rozrzuconych wszędzie

bezład artystyczny udający

w tym miejscu poetycznym radosnym i pożywnym

na wiano dla dzieci naszych zostały

i jako plon naszej pazerności postępowej

ściernisko po żniwach przypominają


Tylko słońce to samo co od zawsze

gdy tylko mu świecić 

światłem jasnym i ciepłym

 Słowem   Boskim  nakazano

 nigdy się jakoś nie znudzi

choć wciąż takie samo

i tą samą drogą ciągle chadza.

Ależ  pospolita i nudna się wydaje

jego przewidywalność.

A jednak po zachodzie tajemnym i nieuniknionym

czekamy aż wschód nowy nadejdzie

i znowu jasność radosna nastanie

i rozjaśni wszystko ciemne.

I tym samym światłem i ciepłem Boskim 

 mi - nieborakowi i okruszce wszechświata posłuży

jak mu przykazano podczas jego narodzin.

Niezmiennie fason trzyma pierwotny

przez wieków tyle w erach liczonych 

przyznać to  trzeba sumiennie.

A plecy moje w lato upalne przypieka

i na brąz ciemny maluje.

Tylko słońce nam pozostało 

ciepłe  jasne ,i  nie zmienne 

od wieków niezliczalnych

tylko ono  nie popaprało swego przeznaczenia

choć duszy w nim nie ma.

Widać gołym okiem bez powiększenia

że słońce ciepłe i jasne dla nas

to sprawka nieba.

Dla przeszłości naszej była przeznaczona 

od której wszystko się zaczęło,

a także teraźniejszości podłej przyświeca

i przyszłości niewiadomej  też nie opuści.


I nie wiem czy się cieszyć z tego jego istnienia,

czy  strumieniem wylewać

 swoje łzy słone i ukryte żale

bo nie wiem wcale

czy dużo to czy mało

z tego wszystkiego , co nam dano

i co nam pozostało.


A tam po prawej ,

na wzgórku niewielkim 

o szczycie ostrym jak pal zastrugany

blisko nieboskłonu tajemnego

z którego  ostrza widziałem 

co jeszcze za nim daleko,

a wzrok mój z tego miejsca ostrego

 sięgał granic orientu.


Dla innych co  w oddali,

na nizinach rozległych

i miastach z betonu  

byt swój  święty postępem podłym   mordują 

 niedostępne to dziwy natury.

 Szkoda wielka ,

że się tak zacietrzewili w nowoczesności

 że nigdy nie  zaznają tej mistyki natury 

jej dziwów tajemnych  , i wielkiej Boskości

która do refleksji prawdziwej nakłania

co dalej ,  

co  teraz ,

co i jak było

 aż od naszego zarania

czy gnać do przodu dalej w ciemno

czy może lepiej wsteczny wrzucić 

może życie nasze wymaga zastanowienia 

a po nim -  nawrócenia.


Przed chwilą jeszcze

u podnóża szczytu ostrego

las rósł niewielki , 

ale  wspaniały  bo stary.

I drzewa w nim wielkie

i wielkie na nich  konary.

Cieniem błogim służył wszystkiemu co żyje

i przed palącym słońcem 

i deszczem ulewnym ,

jak parasol wielka

też cię okryje.

A zielenią swoją soczystą ,

w leśną gęstwinę zbitą,

 nieprzebytą tworzył plątaninę.

Przeto nie wszystkiego mogłeś dotknąć 

,,swoimi postępowymi łapami’’ 

a tylko podziwiać  komplementować i dylektować 

swoje oczy i nozdrza 

najlepiej z oddali

tym wszystkim wspaniałym ,co w nim żyje.


Jaki on dobry i pożyteczny

choć duszy w nim nie było.

Zwierzynie wszelakiej i ptactwu

domem był pięknym,

 i azylem bezpiecznym -

choć mały .

Tak nas zachwycał mocno 

że w pień wycięty został cały .

Choć mały i tani , i małoważny przeto,

bo mały

i zawady , nawet niewielkiej nie dawał nikomu

bo mały.

Nagle drogocennym stał się dla kogoś postępowego

lub zawadą wielką 

choć mały.

Tylko martwe kikuty pni starych i grubych,

po lasku magicznym i wspaniałym zostały,

i z czarnej ziemi wystają skonane

jak pomniki cmentarne,

choć krzyżami cierpienia nie obleczone są pnie owe

to jednak cierpieniem i bólem krzyża naznaczone.

Bo żyć jeszcze powinne 

bo choć stare dla nas ,

to jednak młode były jako drzewa i bardzo niewinne.

I mogły trwać i cieszyć  długo

następne pokolenia

A ziemia dotąd zdrowa i żyzna w tym miejscu

na erozję chorować zaczęła.

Takiego my -homo sapiens wspaniali

 dokonaliśmy postępowego dzieła.


Aj jak boli!

  

tylko rdza ruda

tylko piach jałowy 

i żelbetu masa  wokół podłego

i beton kamieni kupa

 chamsko rozrzuconych wszędzie

bezład artystyczny udający

na wiano  przyszłości zostały

i jako plon naszej pychy uczonej

nabytej - nie odziedziczonej

ściernisko po żniwach przypominają


Tylko księżyc nie zawiódł 

on wciąż taki sam 

aż od swego zarania

nie zmienia swych obyczajów tajemnych  i dziwnych

i noc z siostrami gwiazdami rozjaśnia 

najbardziej gdy pełnia

wtedy najmocniejszy ,wtedy najsilniejszy

wtedy jest mocarzem

i morza wielkie przyciąga 

i potężne oceany ,

przypływ im dając

następnie w rogal tajemny się zamienia

i znika nagle

by się za chwilę w nowiu znowu odrodzić

i znów mi ślepcowi kurzemu

drogę w nocy osłodzi.

Ale ten świeży rogal jary

jak nowo narodzony

choć taki stary.

Od lat nam świeci ,

i nie znudził mu się jeszcze 

wciąż ten sam obyczaj oklepany.

Jaki on wierny i wdzięczny ,

i wciąż pamięta o swoim przeznaczeniu

i swoim przesłaniu.

Szkoda tylko mili ,

że my takiej pamięci nie mamy

a przykładu dobrego

 też naśladować nie zamierzamy

bo  niby do lepszego gnamy..


A tam po prawej w oddali 

u podnóża cmentarzyska  niewielkiego 

na którym  pnie martwe

 drzew skoszonych królują 

w ciszy i cierpieniu

bo życia tam już nie ma,

przed chwilą jeszcze

jeziorko było niewielkie.  

Lecz głębokie i czyste 

a woda w nim zimna i przejrzysta

wszystkie gorące pragnienia zagasić mogła. 

I widziałeś w niej człeku

odbicie duszy swojej podłej

jak w magicznym lustrze.

Dlatego ludziom 

niechętnie  jako zwierciadło służyło,

by zawodu wielkiego

 z własnego  odbicia nie było.

Że  podli i głupi jesteśmy

Choć homo sapiens się dumnie zwiemy.

Lecz nie zauważamy w swej pysze wielkiej

jak słabi i mali ,i puści i brutalni niepotrzebnie,

i pyszni i butni i zarozumiali jesteśmy

choć za wybrańców się uważamy - sami.


Tylko gwiazdom godnym co na niebie świecą

 srebrne odbicie ich światła cudnego

 jeziorko oddawało.

A dla nas podłych i ułomnych

 ciągle falką małą wzburzone

 karykaturę zasłużoną i śmieszną

 wielce nabzdyczoną i ,,mondrom’’

prześmiewczo pokazywało .

I przeto , patrząc w jego głębokość krystaliczną

ciągle błazna żeśmy w nim widzieli

choć cyrk daleko przecież,

a tych  wokół pełno.

Wot 

Taka to   dziwna satyra natury 

nam zasłużenie serwowana

przyznać bez ogródek trzeba.

A w toni jego srebrzystej,

a w   głębinach jego przeczystych,

 stworzeń i żyjątek wszelakich tysiące 

więcej jeszcze niźli motyli ,

 trzmieli i pszczół miodnych na łące.

Lecz dziś , po latach kilku

a więc  nie wielu

gdy ostatni raz się w jeziorku przypatrywałem

bo swoje doświadczenie życiowe opowiadałem  

i nie zmyślałem -

 łza słona się do oka pod ciśnieniem wciska

i żal i ból nieznany mi dotąd

serce zalewa

bo jeziorka cudnego i magicznego 

co u podnóża wzgórka skonanego 

błękitem niebiańskim się mieniło

już nie ma.

Miejsca ustąpić musiało

 tworowi kalkulacji naszej podłej.

 Wyobraźni szarej i ponurej .

Symbolowi postępu ludzkiego

jako  neronizmu namiastka

bo od czegoś wielkiego zacząć musimy

swe ludzkie dzieło.

I beznamiętna kolej żelazna 

po nim teraz depcze

i stukotem kół żelaznych

szloch natury zamordowanej  zagłusza.

Tylko duch jego pozostał 

i mi do ucha szepcze.


Ach jak boli!


tylko rdza ruda

tylko piach jałowy 

i masy żelbetu podłego wokół

i beton kamieni kupa 

podle  rozrzuconych

w cztery świata strony

bezład artystyczny udający

na wiano zostały

dla pokoleń przyszłych

i jako plon neronizmu postępowego

ściernisko po żniwach przypominają


Tylko wiatr  zwariowany i nieobliczalny

jak zwykle  nie zawodzi 

i jak wprzódy ,jak zawsze bywało

lica nasze smaga 

i dęby wielkie przewraca

on zawsze mocny i młody 

a psoty  harce 

to jego zew ,to jego praca.


I jak dobrze dla nas

 że jest taki nie okiełznany

i że my  -silni i podli 

w tych swoich cnotach  utrwaleni

nie dajemy mu rady.

Bo on ,ten wariat nieujarzmiony,

wie po co istnieje ,

dlatego wciąż tak samo,

 jak u swego zarania mu nakazano

wieje ,wieje  ,wieje.

I powinności swe spełnia doskonale

powietrze mieszając i  po całej ziemi je roznosi

by tego tworu Boskiego 

nikomu nie było mało. 

Raz jest wichrem wielkim i złowrogim,

raz wiatrem mocnym ,

raz zefirkiem błogim

i zawsze go pełno ,

i zawsze się dzieje,

czy to noc wczesna ,

czy to już dnieje.


Ach jak szybko świat  ubożeje i się zmienia

bo wszystko czego dotkniemy ,

na swoje dobro niecne przerobić chcemy.

Nawet to co inną rolę pełnić powinno

i do czego innego powołane zostało

przerabiamy na swoje 

i ciągle nam mało.

I przez to wszystko

coraz uboższa jest ziemia

bo nam ciągle mało ,mało , i mało. 

I choć ta się kręci niezmiennie

od czasu gdy kopa dostała od Boga

no może popchana tylko 

Ręką Świętą ,

i zatrzymać się nie może

i dobrze , dla nas dobrze. 

I dopóki się kręci  wiruje 

i  swój balet tańcuje

nam się  dobrze dzieje.

Lecz my tego nie widzimy 

lub lekceważymy naiwnie 

i przez tą naszą kurzą ślepotę 

coraz uboższe nasze wiano,

zostawiamy po sobie

na potem.


A to boli


Tylko rdza ruda

tylko piach jałowy 

 masy żelbetu podłego

i beton kamieni kupy całe

 rozrzuconych wokół bezładnie

bezład artystyczny udający

 na wiano zostaną

dla  naszych potomnych

i jako plon naszej pogardy wszystkiego

ściernisko po żniwach przypominają


TYLKO CO BÓG STWORZYŁ

 I DAŁ NAM NA WIANO OD SIEBIE,

CZYNIĄC JE JEDNAK NIEDOSTĘPNYM

DLA ŁAP NASZYCH PAZERNYCH, 

zawsze trwa , i się nie zmienia

i jak Zakręcił raz u zarania

tak do dziś kręci się ziemia.

I widzimy tedy drodzy 

jak wiano prawdziwe i szczere

wyglądać powinno.

I to nam dane

o którym wybiórczo wspomniałem

jakże wygląda wspaniale. 

Choć nie doścignione dla nas

i dobrze

i przebić go w wartości   nie możemy

bo za mali jesteśmy ,i nie umiemy

to jednak z niego przykład bierzmy 

i zostawmy potomnym od siebie

wszystko co najlepsze


a nie jak dotąd


tylko rdza ruda

tylko piach jałowy

 masy żelbetu podłego wokół

i beton kamieni   kupa

bezładnie rozrzuconych wokół

bezład artystyczny udający

jako plon naszej ciemnoty uczonej i beztroskiej

wiano nasze tak cudowne

ściernisko po żniwach zaczyna  przypominać

które na jutro potomnym

tak  starannie  gotujemy.


Czyżby to wyzwanie Bogu rzucone 

Czy tylko rywalizacja z Nim niewinna

Może nawet sportowa

Wszak przecież góry nawet wielkie 

zniżyć potrafimy 

do poziomu doliny

i wybudować swoje z betonu twardego

niszcząc wszystko co na drodze stanie

nie wyłączając siebie.


Henryk Jan  Łyszczek


PS.

Czy w związku z tym dorównujemy Bogu?.

Wszak niektórzy mówią 

Że Błogosławieństwo Najwyższego mamy na wszystko 

Co wyprawiamy.

Wszak co niektórzy ,

 ci wybrani niby przez Boga

nie rozstają się z hasłem 

Gott mit uns

Które przyświeca ich podłym działaniom.

Nie wiem tylko czy 

To jakieś nowe hasło na dziś 

Czy tylko to stare zostało

nie zdarte do końca z opasek ,

i pasów  żołdackich 

które pozwalało im świat stary

urządzać na nowo.

O ironio prześmiewcza !

O historio  bolesna!

I co!

Zapomnieliśmy?

Nie pamiętamy?

Czy od nowa to samo zaczynamy?

 To jest nasz zenit?

Więcej już nie możemy ?

Inaczej nie potrafimy? 

Lepiej nie umiemy? 

To jest nasz kres już?

czy dopiero jego początek.


Jak dobrze mili,

że wiano naszym przodkom raz dane 

i dla nas przez wieki  przetrwało,

Takie wielkie 

Takie Boskie ,

Takie mocne

I choć korzystamy garściami ,

niedostępne jest dla nas.

Przeto nie wyczerpalne

i nie możemy go na swoje przerobić

czytaj sponiewierać

jak ziemię świętą nam daną 

i po której stąpamy

a którą oddajemy potomnym ,

już nie taką samą,

bo w  naszym neroniźmie skąpaną.

I jakby mniejszą . 

Skurczyliśmy mocno

 to  dzieło wszechświata, 

bo jej  dobra z dymem puszczamy

poprzez wartość naszą nadrzędną

mamoną zwaną

 którą wszyscy wyznajemy 

i jej tylko salut oddajemy.

 A wyliczalna i postrzegana jest ona oczywiście 

łatwo i przejrzyście

w ubiorach naszych prześmiesznych

i innych przedziwnych stylach krótkiego bytowania 

a przede wszystkim 

 banknotach o dużych nominałach.


I pozostanie po nas co?


tylko rdza ruda? 

tylko piach jałowy?

 i kamieni betonowych kupa

w hojnej ofercie teraźniejszości

dla przyszłosci?


A prócz piachu jałowego i rdzy rudej i podłej 

wyprodukowaliśmy słów uczonych i  podłych 

całe szeregi -tysiące, 

dla wytłumaczenia naszej podłości,

którą przy ich pomocy w cnotę przerabiamy.

I każde o innym znaczeniu wielkim

i na każdą okazję.

A ustawione w szeregu wojskowym,

tworzą sznur długi wisielczy 

że można opasać nim Azję.

I nimi podważamy i usprawiedliwiamy wszystko

i to co Boskie, i co przodkowie nam zostawili

i nie tylko dobra materialne 

mam tutaj na myśli.

A swoją podłość i pychę

 z pazernością zmieszaną 

 swoim słowem pustym i podłym

zwrotem wyrafinowanym i przewrotnym  

na tę okoliczność wyprodukowanym

 beznamiętnie  rozgrzeszamy

mówiąc zmyślnie -ze wszystkimi podłościami w tle

jak wzorem naszych dziadów

wiele zostawimy  naszym potomnym.

Mając na myśli w ciemnych zakamarkach naszej jaźni

słowa owe  zwodnicze i podłe 

jak kukułcze jaja zmyślnie podłożone zostały

poezji i cnocie prawdziwej

i wykluły się definicje przedziwne

i zostały   uznane

przez mędrców fałszywych  

jako dzieci z prawego łoża

na dodatek wielce uczone . 

 A przyobleczone są przecie 

 wielce kłamliwą  i zakręconą filozofią

trudną do dla otwartego  rozumu chłopskiego

i zmysłów wszelakich

do ogarnięcia. 

Bo mają wnętrze 

 głębokie i wielkie 

 jak pustka  tarabanu wojennego

który co dzień do boju wzywa

tylko i wyłącznie-  bardzo głośnego 

tylko głośnego i donośnego.

A tego dudnienia rozum prawdziwy

podłością nie skażony

na swoje przerobić nie może 

dlatego rytm bębna jest mu wciskany

różnymi sposobami.

Niemożliwa do ogarnięcia 

ta  mistyka przyszłości

rozum mój chłopski i logiczny obciąża

swoim pustym ciężarem.

Przyłożona do tego co znamy

Co wiemy 

Co nam przekazano 

Co zrozumieć łatwo.

Jest tylko tarabanem ,

może tamburynem

 tudzież balonem ulotnym

 pustką nadmuchanym.   


 



Czy w związku z takim wnętrzem bogatym i dudniącym

słowa i przenośnie nowoczesności mają sens jakiś   

prócz donośności swojej ?


A w rzeczywistości  rzeczywistej i twardej

w której żyć nam przyszło ,

a która nie  materializuje słów pustych 

i przenośni kwiecistych

bardzo konkretnej

i  mistycznej i trudnej

jak się zachować mamy , 

my mniej postępowi

którzy czują ,

że twardo po ziemi stąpamy.

Czy jest dla nas miejsce jeszcze 

W rzeczywistości naszpikowanej 

 i zależnościami i zjawiskami Boskimi 

których do końca nie rozumiemy

na dudnienie bębnów różnych

coraz mniej  odpornej,

bo  bum bum bum 

całą normalność zagłusza

czy to oznacza

na innych biegunach jesteśmy

i w symbiozie z prawidłami świata

 żyć nie chcemy czy nie możemy?

bo najważniejszymi  -

sami 

żeśmy się mianowali we wszechświecie

i wszystko nawet co złe i niemożliwe 

sobie podporządkować chcemy,  

więc  pytam zasadnie – dalej  cooooo?

I odpowiedź słyszę krótką i zaszyfrowaną

Ale głośną  za to 

No toooo.


Bum  bum bum bum


Tylko rdza ruda

tylko piach jałowy 

 masy żelbetu podłego

i beton kamieni kupa

 rozrzuconych wokół bezładnie

bezład artystyczny udający

ściernisko po żniwach przypominające

zostanie na wiano 

dla  naszych potomnych

którzy wnet obejmą 

we władanie ziemię.

To wiano nasze cudowne ,

 wyżej przedstawione 

tylko im zostanie

wraz z naszym wielce uczonym przesłaniem?


bum bum bum bum

 


Ale głowa jeszcze do góry

jeszcze nie wszystko stracone


I choć jutro krzyczy do nas boleśnie

,,sukinsyny  pazerne’’ 

Zostawcie coś dla mnie

Bo wy nie zaczynaliście

 od rdzy rudej i piachu jałowego!


Obciążeni tym bolesnym i pogardliwym

 przesłaniem teraźniejszości 

nie rezygnujmy z przyszłości 

dla uciech doczesnych

dla nas nadrzędnych.

Jeszcze  nie opuszczajmy w pośpiechu

jak statek tonący,

tej - Naszej Matki 

ziemi sponiewieranej

z ranami ciętymi kłutymi  i szarpanymi 

przez nas zadanymi. 

Myyyyy – wszyscyyyy

  piętnem win naszych naznaczeni

i swoimi słowami wyprodukowanymi

 pustymi i podłymi usprawiedliwieni i wyróżnieni,

powściągnijmy się teraz!

I win swoich nie wyliczajmy

ani nie usprawiedliwiajmy,

bo nie wszystko wiano

z którego korzystamy

zostało stracone.

Nie wszystko bowiem 

jest nam dostępne

co oczami swoimi widzimy

i ciałami naszymi doświadczamy .

 Więc  została jakaś nadzieja 

na przyszłe pokolenia

innego wyjścia nie mamy.

Nią teraz żyć musimy.

Ale na pytanie odpowiedzmy sobie

 zasadne i nawet proste

nawet  prawdziwe , nawet   banalne 

teraz - natychmiast – już .


Czy warto w imię postępu wątpliwego

 i zysku nadmiernego, czyli podłego,

tracić tyle radości , 

z prostoty życia naszego krótkiego

jego mistyki i świętości

i tajemniczości 

i dobra i piękna ?


Ocalmy dzisiaj  - teraz -już

zmianą pryncypiów  

te wszystkie święte wartości

które przecież znamy.

A przez to 

 jutro dla przyszłości ,

która przyjdzie niebawem

a teraźniejszość od zapomnienia.


HENRYK JAN ŁYSZCZEK


 PIEŚŃ -POŚWIĘCENIE -Don

Ach jak bardzo bym chciał teraz tulić cię 

Z sercem swoim złączyć serce twe

I związać je warkoczem twym

i tak ma trwać 

aż po kres. przez wszystkie dni

Bo jestem Don

Cichy Don

Z tych Donów złych

I cicho sza ,że jestem zły


Jak bardzo bardzo kocham cię

Choć twych ust nie całowałem 

Nigdy nie 

 błagałem los ,by mi ciebie dał 

 w jawę zmienił  mój proroczy  sen.

Bo jestem Don

i robię co chcę 

nawet w jawę zmieniam sen


Odmówił  jednak los ,

miłosnych pragnień mych 

droczy ze mną  się 

więc wezmę cię sam

i ciemną noc i piękny sen

zamienię w jawę 

zamienię w dzień

Bo jestem Don

Cichy Don

z duszą czarną i złą

i ciemną jak ta noc

pośród której pięknie śnię 


Bo miłość najważniejsza w życiu jest

Bo miłość to krótkiego życia treść

Aż poo 

aż poo 

aż po jego kres  


otworzę okna swe szeroko dziś 

i wszystkie tak 

niech cię  skądś przywieje  wiatr 

i w ramiona  wrzuci me 

bym mógł tulić cię

jak w mym śnie


i nie nie nie 

i nie nie nie 

ja nie poddam się

 wyrwę cię losowi tak ,

jak swój siwy włos ……

bo jestem Don

Cichy Don

Bo jestem zły 

I dobry też


A gdy jakiś on ,

 inny mały Don ,

gdzieś na drodze  stanie mi 

bo nie ustępuje los 

tedy ja nie cofnę się 

tedy ja popełnię  mord

i grzechem tym obciążę duszę swą złą 

 lecz  będę cię miał ,

choć na drodze stanął on

inny Don i zły los

Bo jestem Don 

Cichy Don

Bo jestem bardziej zły

gdy czegoś chcę 

niż zły los


A gdy uciec będziesz chciała hen

Przed miłością mą 

Zakazaną  wielką i złą  

Pantofelek  schowam twój

I jak bajce znajdę cię.

Bo jestem Don 

Cichy Don

i biorę co chcę


I przytulę wreszcie małe serce twe

ukołyszę czule je 

i nie będzie to już tylko sen

posmakuję twoich ust 

lecz ty nie bój miła się 

będę bronił cię przed łzą słoną i złem

co otacza nas 

ze wszystkich  stron 

przez cały czas

bo jestem Don 

Cichy Don

moralności wiele mam

dlatego  jestem zły

I dobry też


 I orkiestra mała

trąbka i gitara będą dla nas grać

i zabawa wielka będzie ciągle trwać

dym z cygara gęsty połknąć przyjdzie nam

 to  nim zadurzymy się

i radośnie się śmiać.

Bo jestem Don

dla ciebie Dobry Don

Choć z  tych Donów złych


A nazajutrz nocą znów

gdy przeminie senny dzień 

wielki  zaliczymy bal

z harfą klawiszami i skrzypcami  w tle

gdzie maniery nienaganne  są

tam  króluje snob i fałsz

złoto drogie  smutny   śmiech

zazdrość i grzech

my nie sprzeciwimy się

no bo życie  takie podłe jest

pozory i  kłam 

jak ten wielki i fałszywy bal 

a prawdziwa będziesz tylko ty i ja 

 i uroda wielka twa.

Tylko ty będziesz tam wielką damą 

tylko ty będziesz tam wielką panią

a jaa -będę sługą twym

jak we śnie  

i znów wino taniec  śpiew

śmiech radosny nasz i maleńki grzech

bo jestem Don

Cichy Don

bo dobro znam też

  

A na koniec nocy 

znowu inny  tan

wielki king salonów wielki walc

sam maestro Johan  Straus

 z uniesioną głową zatańczymy go

 nie obchodzi nas już nic 

nawet dobro i zło

co otacza nas

bo jestem Don 

Cichy Don

co moralności wiele ma 

nie boi się dobra i zła

bo jestem Don

twój Don

 

I tak życie zleci miła nam

dni wypełnią  szybko się

jak mój piękny sen

i obudzę się gdy przyjdzie mój kres

gdy nadejdzie  end   

a mój mord?

a mój grzech???

czarna nie widzialna dusza ma

co nie opuszczała mnie

przez cały ten czas

i co teraz Don

i co teraz Don


Nie nie nie 

nic już nie obciąży mnie

bo na ołtarz wagi zła 

złożę miłość swą

co przeważy grzech

co przeważy mord 

i tak wytłumaczę się. 


miłowałem Panie ponad wszelkie życie ją

 ze snu miłość swą 

którą chciał 

zabrać mi los

i tak właśnie Panie,

i dlatego właśnie Panie 

popełniłem grzech

popełniłem mord

i wziąłem ją sam

bo nie ustępował los 


i dlatego Boski Panie 

wypełniłem twe największe przykazanie

które dałeś nam

Ponad życie każde miłowałem ją 

 miłość  moją wyśnioną , choć złą

bo mi nie dał jej zły los

bardziej zły niźli zły  Don

w sercu mordercy  nosiłem ją

miłość swą  i swój mord

moja culpa Panie jest

bo jam jest Don

cichy Don

i dobro i zło

Uniewinnij Panie mnie

amen

 

HENRYK JAN ŁYSZCZEK

Ps.

słowa utworu zainspirowane melodią i słowami 

do PARLA PIU PIANO

gdzie wydawało mi się ,że oryginalne słowa są zbyt banalne 

i ja zrobię to lepiej.

Ale chyba coś mi nie wyszło

Choć poprawiać i współzawodniczyć z oryginałem już nie będę 

Ha ha ha 


                                                TĘSKNOTA    DUSZĘ SIĘ TUTAJ ,W TYM KRAJU MAŁYM  GDZIE RAZ MI ZIMNO RAZ CIEPŁO I Z POWODU MAŁ...